Widzę, że wedle ducha pierwszego komentarza rabini są podzieleni. Myślę, że podświadomie i tak decyzję już podjąłem. Dalej będę to robił, wydamy jakąś gierkę, ale nie będę stawiał wszystkiego na tę jedną kartę. Raczej też jestem człowiekiem, który nie potrzebuje kokosów, ale chłodno patrzę na proporcje input -> output. Niestety wygląda on bardzo słabo. Mój rok składał się z naprawdę wielu utalentowanych ludzi. Serio, wszyscy bardzo parli do przodu, robili świetną robotę, a wszyscy prowadzący mówili nam nawet, że jesteśmy jednym z lepszych roczników. Uważam, że nasze projekty to potwierdzały. Grupa grafiki i grupa gier liczyły łącznie 60–70 osób. Z pracą w branży zostało pięć osób, z czego żadna nie jest grafikiem. Prawie wszyscy z nich byli, można powiedzieć, wybitni, a do tego prowadzili koło naukowe, dzięki któremu znali ludzi z gamedevu po imieniu. Cała reszta, podobnie jak ja, uciekła do webówki, gdzie też nie jest kolorowo, ale i tak jest o wiele lepiej, bo przynajmniej da się znaleźć pracę. Zazdroszczę jedynie kolegom młodszym ode mnie o 3-5 lat. Wystarczy wejść na ich LinkedIna, żeby zobaczyć, jak diametralnie wszystko się zmieniło. Co roku byli na innym stażu w wakacje, mogli sobie potestować różne firmy, stałą pracę dostawali już na trzecim roku, a potem była prosta droga. Teraz, jeśli dostaniesz gdzieś staż, to cud. Nawet jeśli jest to absolutny januszex, zostajesz tam, bo wiesz, jaką drogą przez mękę i loterią jest szukanie kolejnego. Naprawdę rozumiem podejście, że trzeba przeć do przodu, podążać za pasją i że ważne jest to, gdzie się kończy, a nie gdzie zaczyna. Ale istnieje jakaś zdrowa granica - do garnka samej pasji się nie włoży. Pozostaje sobie dłubać powolutku i może kiedyś coś się ugra.