Najlepiej ożenić się z osobą, której zawód jest odporny na kryzysy, to na wypadek, gdybyś nie urodził się w bogatej rodzinie. :D Alternatywa to opakowania kaucyjne... A tak na poważnie, jeśli bardzo to lubisz, to rób to dalej, ale podejdź do tego lekko inaczej. Jeśli będziesz o sobie myślał: Jestem człowiekiem od 3D postaci, hardsurface - to narzucasz na siebie spory filtr/kryterium, które spełnia już masa ludzi na rynku. ALE... jeśli będziesz o sobie myślał jako o kimś, kto: umie sprzedać tym emocje, ma wyczucie kompozycji/przestrzeni, czuje formy i ich flow, umie dobrać tekstury, kolory, czyli będziesz, robiąc to, co lubisz (nawet hobbystycznie), rozwijał te fundamentalne rzeczy dla całego spektrum okołograficznych zawodów, czyli pogłębisz takie wyczucie estetyczne, to ono ci się może zawsze gdzieś przydać. Może nie będziesz pracował jako modelarz 3D, ale gdzieś gdzie choć trochę wykorzystasz te skillsy, to już będziesz miał jakąś satysfakcję w życiu. Bo nie wiem, czy każdy, ale przynajmniej ja tak mam, że dochodzi się w pewnym momencie do takiego punktu, że już nie chodzi o stworzenie kolejnego pięknego obrazka, a o poznanie tej uniwersalnej matrycy, która pozwala takie rzeczy tworzyć, jest kluczem do ludzkiego umysłu i naciska na te klapki w głowie, które są odpowiedzialne za wywołanie konkretnego stanu emocjonalnego u odbiorcy. Nawet używając tego nieszczęsnego (i coraz droższego) AI, jeśli będziesz bardziej świadomie używał i wiedział, czego oczekiwać, będziesz lepszy od kogoś, kto na pałę wpisuje prompty i liczy na przypadek. Ok. 1/3 życia spędzamy w pracy. To jest czas, którego nikt ci nie odda. Ty decydujesz, czy spędzisz go na robocie, która, choć po części spełnia jakieś tam wewnętrzne oczekiwania, czy na przeklinaniu swojego losu. Oczywiście to wszystko powyżej dotyczy tego, kiedy nie zależy ci na pieniądzach, a chciałbyś robić coś, co choć trochę lubisz. Nie zawsze da się to połączyć. Niektórym się udaje, ale to kwestia szczęścia i znalezienia się w odpowiednim czasie i miejscu. @Nezumi zasadniczo z Tobą się zgadzam, tylko te argumenty wypisałeś nie w tej kolejności: idąc wstecz, faktycznie było coraz gorzej. Lata 90 były gorsze od 2000, PRL był gorszy od lat 90 (przynajmniej dla niektórych), a wojna była gorsza od PRL, tylko strzałka czasu jest odwrotna. Historycznie to jednak wychodziło się z większego gówna w trochę mniejsze. Człowiek mógł mieć poczucie, że jest trochę lepiej, niż było, a to sprawiało, że człowiek mógł patrzeć w przyszłość z większą nadzieją. Dzieci były lepiej odżywione, wyedukowane, bardziej przedsiębiorcze, ogólnie lepiej rozwinięte od swoich rodziców. Dziś albo to się zrównało, albo nawet nieco obniżyło, dzieci są mniej inteligentne od swoich rodziców. To oznacza, że pod pewnym względem osiągnęliśmy pewien szczyt i stąd wzmacnia się przekonanie, że lepiej już było. Czasy, gdzie taki Bezos, Jobs, Musk, mogli swoje biznesy zaczynać w tzw. garażu, dojść do wielkich pieniędzy bezpowrotnie minęły. Minęła ta epoka od zera do bohatera. Dziś mamy epokę abonamentów, kredytów, dojeżdżania regulacjami i podatkami z każdej strony. Żyjąc ze starym mindsetem z poprzedniej epoki, jesteśmy przegrani w nowej epoce. Bo to, że dzieci dziś są mniej inteligentne od swoich rodziców to nasza obserwacja, z naszej perspektywy, ale może okaże się za 20-30 lat, że oni są dzięki temu lepiej przystosowane do otaczającej rzeczywistości (bo może rozwinęły w sobie jakąś inną inteligencję, której my dziś nie potrafimy zmierzyć) i z ich perspektywy to te czasy, w których obecnie żyjemy będą gorsze od ich zastanej rzeczywistości. Tego wciąż nie wiadomo. Gdyby przyszłość była przewidywalna było by nudno.